Prywatne

Sid Leniwiec

Posted by Adam on Wrzesień 08, 2010
Bajki, Prywatne / No Comments

Post o takim tytule już chyba był. A jednak nie było. Leży w szkicach… Jestem tak leniwy że aż nie chce mi się wymyślać nowych tytułów. A gdzie tam jeszcze nowe teksty. Zaktualizowałem bloga do najnowszej wersji. Poprawiłem licencjat tak by promotor go klepnął, zapłaciłem rachunek za prąd. A teraz idę spać. Dobranoc.

K & K & Pizza

Posted by Adam on Marzec 17, 2010
Ciekawostki, Prywatne / 1 Comment

Nie wkurza Was jak staracie się nawiązać kontakt z kimś, a ta osoba was olewa na maksa?* Odpowiedź: tak… mnie też. A co byście zrobili jak jeszcze bezczelnie „ni z tond ni zowąd” będzie od was chciał przysługi, informacji, pomocy, podwiezienia etc?

I to jest cała sprawa. Postanowiłem sobie dawno, (i nie tak jak moja była myśli – że postanowienia nie umiem dotrzymać :P ) i udaje mi się perfekcyjnie je utrzymać, że nie będę pomagał w takiej sytuacji. Choćby się świat walił jak w 2012 – gdzie to kilka razy limuzyną uciekają z nad skraju przepaści, samolotem znad wulkanu itp. Nie i koniec. A wpadajcie w te wulkany – wy człowieki-nie-dobre.

Ok. Sprawa pierwsza zaliczona. Takie trochę gorzkie żale, ale co tam. :-) Nie zwalniając tempa lecimy dalej.

Drugi temat jest bardzie złożony. A w zasadzie bardziej prosty. Powiedział bym płytki – cały czas nie jebiąc za bardzo po tej osobie.  Oj już się wygadałem że to o „osobę ” chodzi. Za Majewskim  – nieśmieszny żart prowadzącego: „Amerykańscy naukowcy odkryli że genotyp kobiety jest w 90% zgodny z ludzkim?”.
A co z tymi 10%? Albo się zapodziały całkowicie gdzieś w otchłani, albo zgodne nie są. W TYM konkretnym przypadku chyba się zapodziały. I akurat przypadały na rozwój(dziedziczenie) intelektu. Bo przyznam szczerze że naprawdę nie razi mnie jego blask. Co mnie widzi to zagadać musi. „HeeeeJkA CiO TiAm u CiEbIe DziUbaSkU SłyChaĆ?”. Teraz sobie pomyślicie co to mam za znajomych. No właśnie. Znajomych, nie kolegów, nie przyjaciół. Znajomych. A ich tak jak rodziny się nie wybiera. Wracając do pytania – i co na nie odpisać? Można użyć jeszcze cyferek i znaczków – wtedy się dogadamy! Tylko w trakcie rozmowy dość często muszę „spadać”** bo tego się naprawdę nie da.

* niedawno się nauczyłem nowego określenia – mianowicie „mieć na coś/na kogoś wyjebane”. Używa go coraz więcej osób. Mój kumpel nawet oficjalnie na FB jechał po wykładowcach. W sumie wolność słowa…

** najczęściej spada się jeść***. Rzadziej do pracy, na rower, do sklepu…

*** a jak juz jeść, to coś dobrego. 2 dni temu zaryzykowałem i kupiłem pizze 4y sery z biedronki za 6.99. Dokładnie tą samą która polecali na Wykopie kilka miesięcy temu. Sprawdzałem jak zmienił się stosunek żyjących użytkowników tego serwisu do osób które zadeklarowały się że ją zjadły – czy aby faktycznie nie jest zatruta etc. Test wypadł pozytywnie więc i ja spróbowałem. I przyznam, że to najlepsza pizza**** jaką jadłem. Extra dużo sera, super sos, wystarczająca ilość przypraw, i co najważniejsze – dużojej. BARDZO DUŻO. Prywatnie powiem że można ją posypać czymś ostrym, ewentualnie dosolić. jest PYCHA

**** kupiona w sklepach pokroju Lidl/Makro/Kaufland/Biedronka/Carrefour.

Kondycja

Posted by Adam on Luty 22, 2010
Prywatne, Sport / 6 komentarzy

Kondycja to temat dla mnie dość drażliwy. A nie powinien być drażliwy – bo jak może drażnić coś, co w moim przypadku nie istnieje. No ale jednak drażni. Ostatni W-F miałem chyba w 2-gim semestrze czyli koniec pierwszego roku, czyli dobre 2 lata temu. Od tego czasu owszem byłem na basenie, ale było to może z 3-4 razy. Na rowerze w lecie się czasem jeździło – owszem, ale to nie nadrobi spadku formy z całego roku. No można powiedzieć że w nogę czasem pograłem… na kompie. To samo tyczy się skoków narciarskich – DSJ rządzi! :)

Dzisiaj zrobiłem sobie postanowienie noworoczne. Zacząłem ćwiczyć żeby przynajmniej trochę wrócić do formy jaką miałem w czasach „świetności” – jakieś 6-7 lat temu. 140 km/dzień na rowerze wtedy to nie była żadna odległość. Obecnie zrobię 30 i będę zmęczony. Po 31 padnę. Tak więc ustaliliśmy że zaczynam ćwiczyć. Pisze w liczbie mnogiej bo ustaliłem to sam ze sobą – czyli w dwójkę. Coś jak angielskie określenie: „Me, myself and I” – czyli tutaj nawet w trójkę.

Wiecie jak to wkurza kiedy nie umiesz zrobić 50 brzuszków czy 50 pompek? Jakaś masakra! Tak więc postanowienie weszło wżycie – zobaczymy co teraz się stanie. Póki co powoli czuje zakwasy… nie przejmuje się tym – jutro będą większe, a już po jutrze znikną. A jak będę mógł zrobić 100 brzuszków i 100 pompek bez większego problemu – to będę ze się/siebie – czyli z nas zadowolony. Życzcie mi powodzenia i wytrwałości. Trzeba przy okazji spalić mięsień piwny…

W zimnych górach Nordmaru

Posted by Adam on Luty 19, 2010
Gry, Magia, Prywatne / No Comments

Bezimienny mag musiał zapuścić się w góry jeszcze raz. Pierwszy raz był tam przeszło rok temu. Przy okazji miał do wykonania wiele zadań – ogniste puchary, Xardas i takie tam. Potyczka ogólnie rzecz biorąc na poziomie. I to wysokim poziomie. W górach orki, dzika zwierzyna ale i pomocnicy za których ów mag mógłby oddać wiele – koniec końców – skoczył by za nimi w ogień. Apropo ognia – w górach jest też kopalnia i kuźnia – gdzie można wykuć naprawdę porządne rzeczy. Rozgrzewa wszystko…

Teraz dane mi było zagrać z dodatkiem. Z jednej strony ułatwia, z drugiej utrudnia. Poprawki są z jednej strony kosmetyczne, z drugiej strony – dość poważnie mieszają w fabule, która jednak koniec końców prowadzi do (niestety) tego samego. Ułatwia, bo poprzednim razem mag miał za przeciwnika szamana uzależnionego od ziół rosnących w okolicy. Umiał on z nich przyrządzić bardzo silne mikstury, które poważnie na niego wpływały. Przygotowywał również czary – pozwalające kontrolować innych. Na szczęście efekt tych czarów z czasem mijał i opętani nimi wracali do zdrowia. Mieszkał on w swojej chacie, a pochodził z odległego świata – gdzie nie znane były dobre maniery i wychowanie w bogobojności.

Tym razem szaman został zastąpiony… wojownikiem. Wojownik jak to Bezimienny się dowiaduje – to mężczyzna honorowy, waleczny, wielkiego serca. Wykształcony i wybitnie zaradny. Niestety. Poprzeczka zatem została postawiona znacznie wyżej, gdyż o ile z szamanem poradzić sobie można było prosto – zasadniczo w pewnym momencie był tak „upalony” że nie był w stanie uchylać się od ciosów – trzeba było tylko poczekać, o tyle z Wojownikiem (specjalnie piszę przez duże W – gdyż faktycznie poważna z niego postać i jako gracz mam do niego szacunek) sprawa nie potoczy się tak łatwo. Wygrana bądź przegrana może podzielić całe klany. Które dużo się nie zmieniły. Tak jak poprzednio są to – Klan Wilka, Młota i daleko na północy Klan Ognia. O ile poprzednim razem mag mógł wykorzystać dogodną sytuacje – wykorzystać efekt zaskoczenia, o tyle tym razem nie było w ogóle takiej opcji.

Jak się to skończy zdradzić… nie zdradzę, ale na początku wpisu już i tak powiedziałem za dużo.

Ach te relacje…

Posted by Adam on Listopad 25, 2009
Magia, Prywatne / No Comments

Istota problemu leży w dwóch miejscach: chwilowym zainteresowaniu i potrzebie naprawiania. Obie kwestie są sobie całkowicie przeciwne, chociaż odnoszą się do relacji pomiędzy ludźmi.. Da się je traktować jako dwie fazy procesu odzyskiwania utraconej znajomości. Do tego potrzebny jest stan wyjściowy, sytuacja która można nazwać „istnieniem pewnych relacji”. Bo nie da się naprawiać czegoś, czego w ogóle nie ma.

Chwilowe zainteresowanie nadaje człowiekowi status „znajomego z doskoku”. O takich osobach przypominamy sobie w szczególnych chwilach. Kiedy zaistnieją konkretne okoliczności. A bywa różnie: czasem potrzebujemy zrzucić na kogoś ciężar negatywnej energii, innym razem nie panujemy nad rozcieńczonymi myślami. Wtedy chwytamy za telefon, piszemy – niby sobie przypominamy. Ale już na drugi dzień znajdujemy wymówkę, łapiemy za podręczne wytłumaczenie i już wychodzimy z twarzą. Wracamy do stanu poprzedniego, traktując całe wydarzenie jako moment, mało ważną chwilę. Nie bierzemy pod uwagę tego jak czuje się druga osoba. Wydaje się nam, że wszystko jest w porządku bo przecież nikt nie zginął, nikomu głowy nie urwało. Jednak jest pewien gatunek tragedii, którego nie widać na zewnątrz. To najzwyklejsze poczucie odrzucenia i zapomnienia. Nie zawsze musi dotyczyć osoby, z którą jesteśmy blisko. Czasem chodzi tylko i wyłącznie o najzwyklejszą ludzką przyzwoitość. Jeżeli nie życzymy sobie czyjeś obecności i zainteresowania to powiedzmy szczerze. Nie ma sensu oszukiwać, tłumaczyć się przypadkami i innymi dziwnymi wydarzeniami. Trzeba się określić, wybrać rozwiązanie które wydaje się być najbardziej trafne. A najlepiej to porozmawiać i wyjaśnić całą sytuację. Nie pozostawiając żadnych pustych miejsc, w które może się wkraść niewłaściwa interpretacja.

Często takie zachowanie mylone jest z naprawianiem. W sytuacji kiedy jedna osoba cały czas ucieka od konfrontacji powinniśmy mówić o „próbie ustanowienia relacji”. Naprawiać da się tylko te rzeczy, które się zepsuły. Jeśli dwoje ludzi nie ma ze sobą absolutnie nic wspólnego, albo jedna ze stron stara się wyprzeć takie rzeczy to nie ma czego zbierać. Raczej trzeba przystanąć, przyjrzeć się sobie i coś postanowić. Nie ma gorszej rzeczy niż postawić człowieka pod znakiem zapytania. Utrzymywać go w stanie ciągłej wątpliwość. Takie zawieszenie jest szkodliwe, na dłuższą metę męczy obie strony. Źle robią chwilowe wspominki, które zawsze budują jakąś nadzieję, zawsze pozwalają człowiekowi myśleć, że zacznie się rozmawiać. Pozostają dwie możliwości: zamilknąć całkowicie albo zacząć tworzyć konkretne relacje. Jednak każde z powyższych rozwiązań wymaga odwagi. Każda decyzja niesie ze sobą pewne konsekwencje. Nie wszyscy mają wystarczająco dużo siły abym im sprostać.

Relacje pomiędzy ludźmi to temat bardzo zagmatwany. Pozostawiamy go życiu, posługujemy się zasadą „niech się dzieje co chce”. A wystarczy od czasu do czasu usiąść i porozmawiać, wyjaśnić to co wydaje się być skomplikowane. Nie mam na myśli dialogu przypominającego biznesowe negocjacje. Chodzi tylko o to, żeby druga osoba nie tylko poczuła się zauważona, ale także usłyszała o tym. Da się ze sobą wytrzymać, wystarczy tylko chcieć…

[no name]

Posted by Adam on Listopad 03, 2009
Magia, Prywatne / No Comments

Milczenie… Nie wymaga zbyt wielu słów a paradoksalnie długo można o nim mówić. Temat rzeka, który ma już setki, jeśli nie tysiące wariacji. Takie sytuacje zawsze zaskakują jedną ze stron. A my, ludzie wielkiej nadziei i małych trosk, możemy tylko przypuszczać, która czuje się bardziej pokrzywdzona. Tylko czy można ciszę wykorzystywać bezkarnie? Dla osiągnięcia własnych celów?

Stara prawda głosi – cierpią niewinni. Świat lubi uderzyć w ludzi, którzy kierują się w życiu zasadą „czystych intencji”. Ktoś taki pomaga bo chce, nie oczekuje nagród, wielkich podziękowań o których pamiętali będą wszyscy do trzeciego pokolenia. Od drugiej osoby wymaga tylko jednej rzeczy – podtrzymania kontaktu. Powiecie: „Niewiele… Przecież to zawsze się dostaje” i tutaj możemy dodać gwiazdkę „Z tym, że niekoniecznie”. I nie chodzi tutaj o jakieś długotrwałe rozmowy, zwierzanie się, dzielenie się problemami i marzeniami. Istotą podtrzymania kontaktu jest najzwyklejsza uprzejmość. Jedna z rzeczy należących do gatunku „czystych intencji”.

Wystarczy od czasu do czasu się odezwać, napisać że wszystko w porządku. Wiedzieć nie tyle coś o sobie, ale co się dzieje, w jakiej sytuacji znajduje się każda z osób. Zawsze łatwiej jest znosić trud codzienności, przyprawiony szarością podobnych poranków kiedy się wie, że gdzieś, ktoś myśli o nas. I wraca do wspólnych dobrych wspomnień. Bo na końcu tylko takie zostają. To znaczy, że pamięta się o człowieku a nie tylko o tym co dla nas zrobił. Jeżeli ktoś zgłasza się tylko wtedy kiedy czegoś potrzebuje to postępuje nieuczciwie. Ale względem siebie. Mało która osoba przyznaje się otwarcie do manipulacji, nie każdy ma wystarczająco dużo odwagi. Dobrą linią obrony jest zasłanianie się „zainteresowaniem”, że niby w taki sposób sobie o nas przypomina. Ale czy wtedy myśli o przysłudze czy o człowieku z którym rozmawia? Na to pytanie bez problemu odpowie każdy z nas.

Największy problem pojawia się w momencie błędnej interpretacji „czystych intencji”. Wtedy każdą chęć pomocy traktuje się jako wynik całkowitego oddania. I drugi człowiek staje się zwykłym robotnikiem, któremu zleca się jakąś czynność. Jest to sytuacja z początków kapitalizmu, kiedy wielki właściciel wykorzystywał wszystkich wokół. Daje się drugiemu ochłap zainteresowania, a niczego nieświadomy człowiek od razu traktuje to jako gwiazdkę z nieba. Mały przebłysk nadziei mówiący „Jednak moja pomoc jest coś warta”. Kiedy sytuacja ułoży się w całość, kiedy okaże się że ktoś nas po prostu wykorzystał przypomina to uderzenie młota w skroń. Zaskoczeni nagłą zmianą warunków zaczynamy postępować pochopnie i zdarza się nam skrzywdzić kogoś na kim nam naprawdę zależy…

Nie warto tracić sił na zajmowanie się osobami, które i tak na końcu potraktują nas jak przedmiot. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że zaczynamy wyżywać się na innych, całkowicie nieświadomych tego, że ktoś nam dokuczył. Zgromadzoną złą energie wyładowujemy, często bez wcześniejszego zastanowienia. I warto to wszystko robić? Nagle każde nasze działanie przynosi przykrość osobie zupełnie niezwiązanej z sytuacją. Wylewa się wtedy zdecydowanie więcej niż dziesięć łez…